Witajcie Kochani!
Niestety, to jeszcze nie rozdział. Chciałam tylko poinformować, że wracam do tej historii i zaczynam publikować ją na Wattpadzie. Pojawią się nieliczne poprawki, ale raczej nie będę wprowadzać żadnych zmian :) Gdy już będę na bieżąco z opowiadaniem rozdziały będą wrzucane tu i tu. Także proszę o cierpliwość (jeśli ktoś jeszcze tu został) i o śledzenie Wattpada jak i Blogspota.
Do napisania xxx
KLIK
poniedziałek, 16 lutego 2015
wtorek, 22 lipca 2014
ROZDZIAŁ 11
A co z Carrie? Myślałem, że wy… -
powiedział zaskoczony George Bidwell.
Wciąż
wpatrywaliśmy się w Scotta, oczywiście on unikał naszych spojrzeń, nie tylko
mojego.
Odchrząknął i speszony (tak,
speszony!) odpowiedział:
- No tak. Ale ona jeszcze o niczym nie
wie.
- Jestem ciekawa jak zareaguje, gdy
się dowie. Szczególnie, jeśli powiem z kim teraz jesteś. – Wtrąciła Alice
wyraźnie zadowolona.
- Nikomu nic nie będziesz mówić –
warknął Scott. – Sam się wszystkim zajmę.
- Okej, okej. – Uniosła ręce w
geście obronnym. – Tylko ciekawa jestem kiedy jej to powiesz. Jakoś nie wydaje
mi się żebyście się znali od niedawna.
Poczułam jak Scott tężeje, podobnie
jak ja, lecz szybko zamaskowaliśmy nasze uczucia. Jednak nie umknęło to młodej
łowczyni. Z zadowolonym uśmiechem zsunęła się z fotela.
- Idę pobiegać, tato. – Nie czekała
na jego odpowiedź, tylko ruszyła do wyjścia. Gdy mnie mijała usłyszałam
jadowity syk. – I tak się dowiem co kombinujesz. – I już jej nie było.
George potarł dżinsowe spodnie i
zwrócił się do mnie.
- Przepraszam za jej zachowanie.
Również za swoje. Nie miałem pojęcia, że wy... – Urwał i wyjął telefon z
kieszeni. – Muszę wykonać ważny telefon. – Spojrzał na Scotta, a on skinął
lekko głową.
- Chodź. – Zwrócił się do mnie
Łowca, ominął kanapę, na której siedziałam i ruszył w stronę marmurowych
schodów.
Nie ociągałam się i pospiesznie
ruszyłam za nim. Najchętniej uciekłabym z tego domu, ale nie byłam na tyle
obeznana w okolicy, żeby sobie samej poradzić. Chociaż może spróbuję?
Brunet wszedł do jednego z kilku
pokoi znajdujących się na piętrze i zamknął za nami drzwi. Rozejrzałam się po
pokoju. Ściany były pomalowane na biało. Meble które się tu znajdowały były w
kolorze ciemnego brązu. Wszędzie walały się brudne, jak i czyste ciuchy, trochę
płyt, gazet i szkolnych podręczników. Nic specjalnego. Zwyczajny pokój
nastolatka.
Nie zdążyłam nawet wypowiedzieć
chociażby najmniejszego dźwięku, bo kiedy odwróciłam się w stronę Scotta jego
wargi pokryły moje. Naparł na mnie całym ciałem dociskając do ściany. Czułam na
sobie każde wgłębienie jego ciała. Całował mnie gorączkowo, jakby to było coś,
co jest mu potrzebne do życia. A ja nie mogłam ukrywać, że nie czułam tego
samego. Topniałam w jego silnych ramionach. Rękami wodził po moim ciele.
Całował moje usta, policzki, szyję. Jego pocałunki zostawiały na moim ciele
gorące ślady. Mimowolnie złapałam go za szyję, przyciskając jeszcze bliżej do
siebie, chociaż było to już niemal niemożliwe.
Po czasie, który mógł trwać sekundy,
albo i długie minuty, w końcu oderwaliśmy się od siebie. Każde z nas ciężko
dyszało. Scott, wciąż trzymając mnie w ramionach, oparł czoło o moje i spojrzał
w moje granatowe oczy, a ja w jego wściekle zielone.
Carrie Elder.
- Dlaczego pojawiła się ona? Akurat
teraz? – zapytałam wciąż w niego wpatrzona.
- Nie mam pojęcia – odpowiedział i
przetarł twarz widocznie rozdarty.
Coś zaświtało mi w głowie.
Postanowiłam jakoś odwrócić myśli od mojej najlepszej i jedynej przyjaciółki,
jak i od dziewczyny Scott’a.
- Dlaczego mnie pocałowałeś? I
proszę cię, nie wykręcaj się, tylko powiedz mi prawdę.
Westchnął ciężko i usiadł na łóżku.
Niepewna wybrałam miejsce na krześle obok biurka i naprzeciwko niego.
Widocznie bił się z myślami. Toczył
wewnętrzną walkę. Sam nie był niczego pewien i było to bardzo widoczne.
Szczególnie gdy zawsze ukrywał wszystkie emocje.
- Pocałowałem cię, bo... musiałem. –
Oparł łokcie na kolanach. – Od wczoraj, nie myślałem o niczym innym, tylko o
tym żeby zrobić to ponownie. I nie wiem dlaczego, może dlatego, że od jakiegoś
czasu, od czasu w górach, nieustannie zaplątasz moje myśli.
Patrzyłam na niego, nie wiedząc co
na to odpowiedzieć. To było wyznanie, które na pewno nie przyszło mu z
łatwością. I oczywiście nie mogłam ukrywać, że ja czułam to samo do niego. Ale…
Nie mogłam tego zrobić Carrie. Może właśnie dlatego zobaczyliśmy ją w tej wizji
trwającej zaledwie ułamki sekundy. Może chodziło o to, żeby zadbać nie tylko o
siebie, ale także o innych. No i oczywiście nie mogłam zrobić tego mamie.
Związek z łowcą? Nie, to w ogóle nie wchodziło w grę.
Poczułam jak coś rozrywa mnie od
środka. Jak moja wilczyca woła o uwolnienie. Zdumiałam się i to bardzo, chociaż
w jakimś stopniu zawsze byłam świadoma jej obecności. Wiedziałam, że nie
mogłabym funkcjonować bez niej. To byłoby porostu niemożliwe. Przecież była
cząstką mnie.
To wszystko poczułam wtedy gdy Scott
na mnie spojrzał. Chłopak, który nigdy nie okazywał swoich uczuć, w tej chwili
wylewał wszystkie na zewnątrz. Nie wiedziałam jak się zachować, czułam się tak
samo zmieszana i zakłopotana jak on.
Odchrząknęłam i zwilżyłam wyschnięte
wargi.
- Scott, musimy z tym skończyć.
Doskonale wiemy, że to nie ma najmniejszego sensu. – Wstałam z krzesła i
podeszłam do drzwi. On nie ruszył się ze swojego miejsca. Siedział tak
zapatrzony w podłogę. Nie wyglądał już na takiego silnego, jak zwykł się
ukazywać. – I do tego jest jeszcze Carrie. Musisz sprostować to co powiedziałeś
na dole.
Nie odezwał się ani słowem od
chwili, gdy wyznał swoje uczucia. Również mnie nie zatrzymywał. Z drogą
powrotną musiałam poradzić sobie sama. Nie żebym nie była z tego faktu
niezadowolona. Minusem był oczywiście brak znajomości okolicy.
Westchnęłam ciężko, wychodząc na
zachodzące powoli, niedzielne słońce. Nie było gorąco. Po prostu idealnie
ciepło. W tej chwili potrzebowałam swojej wilczycy. Potrzebowałam jakiegoś
punktu zaczepienie, gdzie mogłabym odreagować. Musiałam jakoś stłumić te
wszystkie wydarzenia ostatnich tygodni i uczucia, które się we mnie kłębiły.
Przez chwilę poczułam się słaba, nic nie znacząca. Pokonana. Nawet przez myśl
przemknęło mi, że to wcale nie byłby najgorszy pomysł, gdyby Scott zabił mnie
wtedy, w lesie. Wtedy nic by się nie wydarzyło. Każdy prowadziłby swoje życie
tak, jak do tej pory.
Otrząsnęłam się. Nie mogłam pozwolić
sobie na takie myśli. Zaczęłam biec przed siebie. Wiedziałam tylko, że biegnę w
dobrym kierunku. W kierunku lasu. Nie zważałam, że zniszczę moje ulubione buty.
Musiałam jakoś rozładować swoją energię. Musiałam się jej pozbyć. Pozbyć się
wszystkiego. Po prostu się wyłączyć.
Gdy byłam już głęboko w lesie,
poczułam jak coś buzuje w mojej piersi. Nie chciałam cieszyć się zbyt wcześnie.
Biegnąć wciąż miałam skrytą nadzieję, że moja wilczyca w końcu uwolni się na
zewnątrz. W końcu zazna wolności.
Nie wiem ile czasu minęło odkąd
wybiegłam od Łowców, ale na pewno sporo, ponieważ słońce zdążyło już zajść za
horyzont. Wyostrzyłam wzrok w ciemności.
Spróbowałam najniebezpieczniejszego,
oraz najgłupszego. Spróbowałam się przemienić. Zamiast wzbić się w powietrze i
zmienić postać na wilczą, moje ciało upadło z głuchym łupnięciem na podszycie
leśne. Wstrząsnęły mną dreszcze i zaczęłam się cała trząść. Ból jaki nagle
nastąpił był wręcz nie do zniesienia. Był gorszy nawet od tego, jaki poczułam
gdy podano mi „odtrutkę”. Nie zdążyłam nawet krzyknąć, ponieważ świat pogrążył
się w ciemności.
***
Witam i przepraszam. Kompletnie nie jestem zadowolona z tg rozdziału. Ale opracowałam już prawie szczegółowy plan i postaram się w miarę często dodawać rozdziały. I ostatecznie zakończyć tego bloga.
Pozdrawiam :)
Pozdrawiam :)
piątek, 16 maja 2014
ROZDZIAŁ 10
Witam po długiej przerwie, za którą chciałam mocno przeprosić! Mam nadzieję, że rozdział się spodoba.
Zapraszam również do Wstępu, gdzie znajdziecie zwiastun bloga.
Zapraszam również do Wstępu, gdzie znajdziecie zwiastun bloga.
***
Spojrzałam w jego płonące
wściekłością oczy. Nie miał prawa mnie tak nazywać. Sama nie miałam ostatecznej
pewności do tego, co się ze mną dzieje, ale Łowca nie miał takiego prawa.
Podeszłam do niego i uderzyłam go z całej siły w twarz. Oszołomiony moim zachowaniem
złapał się za policzek, a ja odwróciłam się i zaczęłam biec przed siebie.
Musiałam od niego odejść, nie mogłam dłużej na niego patrzeć. Wciąż tłukło mi się pytanie, na które
najwidoczniej również on nie znał odpowiedzi: „Dlaczego mnie uratował?” I wciąż nie zamierzał mnie zabić. Miał ku
temu zbyt wiele okazji, jednak wciąż tego nie zrobił.
Biegłam między drzewami późną nocą.
Wiatr owiewał moją twarz, przyjemnie chłodząc moje rozgrzane policzki. Będę
musiała porozmawiać z mamą na temat naszej przeprowadzki. Nie wiem czy
wytrzymam dłużej w tym miejscu; z tymi ludźmi. Musiałam nas ratować, w tym
miasteczku działo się zbyt wiele. Łowcy, zabójstwo, wilkołak...
Pokonując kolejne kilometry, w moje
nozdrza nagle uderzył ostry zapach krwi. I to nie była krew Scotta, jej już nie
zapomnę chyba nigdy. Rozpoznam ją wszędzie. Słodko gorzka nie miała porównania
do tej, którą czułam teraz, okropnie cierpką.
Rozejrzałam się dookoła. Po chwili,
nie daleko mnie, zauważyłam postać leżącą między drobnymi krzaczkami jagód.
Ostrożnie zaczęłam podchodzić, bojąc się tego, co mogłabym tam zobaczyć. W podświadomości
i tak wiedziałam co ujrzę.
Nagle poczułam ostre uderzenie i upadłam obok zwłok
rozszarpanego mężczyzny. Przynajmniej miałam pewność, że to nie ja robiłam te okropne
rzeczy. Jednak to świadczyło o obecności niebezpiecznej bestii w miasteczku.
Zwłoki miały rozdartą klatkę piersiową, z której
wypływały wszystkie narządy. Twarz miał skierowaną w przeciwnym kierunku niż
moja, więc miałam to szczęście i nie musiałam jej oglądać. Jednak nie uszło
mojej uwadze, że na pewno w tym całym bałaganie
brakuje serca.
- I co? Nadal uważasz, że to moje dzieło? – syknęłam w
kierunku Scotta, który przyglądał się szczątkom mężczyzny bez żadnych emocji
malujących się na twarzy.
Dopiero po chwili spojrzał na mnie, oczywiście nie umknął
mi łowiecki nóż w jego dłoni.
- Czyli teraz mnie zabijesz, tak? – Nie mogłam znieść
myśli, że moje życie zakończy się w tak beznadziejny sposób. Do tego jeszcze
tyle nieszczęścia sprowadziłam na moją mamę. Właśnie to bolało mnie
najbardziej; że to ona, przeze mnie, ucierpi najbardziej. W moich oczach
pojawiły się łzy. Nie chciałam ich okazywać przy Łowcy, dlatego odwróciłam
wzrok.
Po chwili obok mnie ujrzałam ciężkie trapery. Zmusiłam
się, aby podnieść spojrzenie. Zdziwiłam się, gdy przed twarzą ujrzałam
wyciągniętą rękę. Chwilę się wahałam, jednak pozwoliłam, aby chłopak pomógł mi
wstać. Podniósł mój podbródek i spojrzał w moje oczy.
- Dasz radę dobiec do domu? – zapytał. Widząc, że nie rozumiem,
o co chodzi, kontynuował: - Wrócisz do domu, a ja powiadomię ojca i resztę
władz. Jutro rano zadzwonię. Obiecuję. – Ostatnie słowo powiedział z lekkim
wysiłkiem.
Co miałam zrobić? Posłuchałam go i już po chwili biegłam
w kierunku, gdzie las powoli się przerzedzał. Po nie całych dwudziestu minutach
byłam już pod piekarnią. Według zegarka była czwarta nad ranem. Po cichu
zaczęłam zmierzać w kierunku drzwi, gdy usłyszałam jakiś hałas. Moje serce
wywinęło koziołka na myśl, że mógłby to być wilkołak. Jednak z ciemności wyłonił
się nie kto inny, jak Bobby. Uśmiech rozświetlił jego pomarszczoną twarz.
- Dziecko, co ty tu robisz o tej godzinie? – zapytał i
podszedł do drzwi, otworzył je i pozwolił pójść przodem.
- Ja... Ja tylko wyszłam się przewietrzyć. – Zaczęłam iść
po schodach w kierunku mojego mieszkania.
- Wiesz, że okolica ostatnio jest niebezpieczna – mówiąc
to ujrzałam dziwny błysk w jego oku.
- Tak wiem. Nie oddalałam się za daleko. Ja już pójdę,
dobranoc.
- Dobranoc, Lunam. – Usłyszałam jak zatrzaskuje drzwi i
dopiero wtedy weszłam bezszelestnie do własnego mieszkania. Zastała mnie cisza,
lecz gdy wytężyłam słuch, usłyszałam pochrapywanie mamy. Z ulgą udałam się do
swojego pokoju, ściągnęłam brudne ubrania i w samej bieliźnie, zapadłam w głęboki
sen, którego potrzebowałam już od jakiegoś czasu.
Obudziłam się kilka minut przed dwunastą. Mimo, że
poszłam tak późno spać, o dziwo byłam wyspana, oraz wdzięczna, że mama mnie nie
obudziła. Po wykonaniu porannej toalety, udałam się do kuchni. Zrobiłam sobie
kubek gorącej kawy i rozkoszują się jej smakiem wpatrywałam się w okno. Jednak
nie rozmyślałam nad widokami, mój umysł wciąż zaplątany był nad sprawą
niewyjaśnionych morderstw.
- Widzę, że w końcu wstałaś. – Z zamyślenia wyrwał mnie
głos mamy, która właśnie chodziła po domu z konewką. – Uwielbiam niedzielę.
Jedyny dzień, w którym mogę zająć się sobą. A ty masz jakieś plany?
- Raczej poświęcę ten dzień na naukę. – Skłamałam.
Mama usiadła przy stole i skinieniem głowy kazała mi
zrobić to samo. Poprawiła swoje zmierzwione, blond włosy i powiedziała
ściszonym głosem:
- Dzisiaj w nocy znaleźli kolejno ciało. Rozszarpane i
również bez serca. – Przed oczami stanął mi obraz zwłok mężczyzny oraz cierpki
zapach jego krwi. Udałam zaskoczenie i zapytałam:
- Znowu? Kto tym razem?
- Nie znam, jakiś leśniczy z okolicy. – Poprawiła obrus i
wstała od stołu. – Nie będzie mnie dzisiaj cały dzień i wrócę pewnie dość późno,
więc nie czekaj na mnie. Ale proszę cię, uważaj na siebie. – Podeszła do mnie i
pocałowała mnie czule w czoło.
- Gdzie się wybierasz?
- Jadę... Jadę odpocząć z panią Harris. – Widziałam, że
nie mówi mi całej prawdy i że nie chce nic powiedzieć. Postanowiłam nie
naciskać.
- Dobrze mamo, baw się dobrze. – Uśmiechnęłam się.
- Dzięki, Lunam. W piekarniku jest zapiekanka, więc sobie
odgrzejesz. Idę się zbierać. – Nagle usłyszałam dźwięk mojej komórki.
- Proszę, odbierz ten telefon. Dzwoni od rana. – Po tych
słowach poszła do swojego pokoju.
Przypomniałam sobie, że Scott miał dzisiaj zadzwonić. W
kieszeni znalazłam komórkę. Widniało tam dziesięć nieodebranych połączeń. Dwa
od zastrzeżonego numeru i osiem od Łowcy. Nie zdążyłam nawet wybrać numeru, gdy
telefon znowu zaczął dzwonić. Szybko odebrałam, a po drugiej stronie aparatu
usłyszałam wściekły głos Scotta.
- Lunam? Do cholery jasnej, dlaczego nie odbierasz?
- Przepraszam, spałam i nie słyszałam...
- Nie ważne. Czekam na dole.
- Co? Ale...
- Masz przyjść, inaczej sam do ciebie pójdę. Musimy
pogadać.
- Dobrze. – Spojrzałam na drzwi sypialni mojej mamy. –
Musimy poczekać aż moja mama wyjdzie i będę.
- Czekam. – Po tych słowach się rozłączył
Po niecałych dwudziestu minutach mamy już nie było. A ja
gotowa wyszłam z mieszkania i ruszyłam do zaparkowanego nieopodal piekarni
camaro. Wzięłam głęboki oddech i wsiadłam do samochodu.
- Hej. – Przywitałam się, ale nie usłyszałam żadnej
odpowiedzi. Scott tylko odpalił silnik i ruszył przed siebie. – Gdzie jedziemy?
- Zaraz się dowiesz. – Tylko tyle. Podkręcił dźwięk
lecącej właśnie piosenki i już wiedziałam, że niczego się nie dowiem, dopóki
nie dotrzemy na miejsce.
Minęliśmy większość zabudowań. Gdy znaleźliśmy się na obrzeżach
miasta zaparkował przy dość pokaźnym, dwupiętrowym domu. W budynku musieli być
wszyscy domownicy, ponieważ na podjeździe zauważyłam jeszcze dwa samochody.
Scott wyciągnął kluczyk ze stacyjki i odwrócił się w moim
kierunku. Odchrząknął zanim powiedział:
- Mój tata jest bardzo dobrym Łowcą, można powiedzieć, że
jest najlepszy w swojej profesji.
Patrzyłam na niego zszokowana, jednak on nie obdarzył
mnie chociażby najmniejszym spojrzeniem. Dotarło również do mnie, że dzisiaj
jest nowy dzień i w każdej chwili może nawiedzić nas wizja. Postanowiłam w
duchu, że również będę starała się na niego nie patrzeć, chociaż muszę
przyznać, będzie mi to przychodziło z trudem.
- Przywiozłeś mnie do jaskini lwa? Twój ojciec ma cię w
tym wszystkim wyręczyć? – powiedziałam z obrzydzeniem.
- Nie. Chcę tylko wytłumaczyć, dlaczego tu jesteś. Nikt
nie zamierza cię zabić – warknął. – Wiesz doskonale, że miałem wiele okazji,
ale tego nie zrobiłem!
- Więc?
- Wczoraj, gdy ciebie już nie było i przyjechali, mój
ojciec po prostu wyczuł, że nie byłem sam. Wiedział, że był tam wilkołak, ale
wyczuwał kogoś jeszcze. Do tego moja siostra świetnie wykrywa kłamstwo i
musiałem coś wymyślić. Oczywiście chcą z tobą porozmawiać. Wersja jest taka, że
przez przypadek spotkaliśmy się w lesie, a ty widząc zwłoki, po prostu uciekłaś.
Oczywiście nikomu nic nie powiedziałaś. – Po tych słowach wysiadł z samochodu,
a ja poszłam jego śladem.
- Świetnie – mruknęłam. – Czyli ja nie mam w tej sprawie
nic do powiedzenia? Będziesz decydował o wszystkim za moimi plecami?
Odwrócił się i podszedł do mnie, mówiąc gniewnie w moje
włosy:
- Jeśli nie chcesz aby dowiedzieli się kim naprawdę
jesteś, radzę współpracować.
Prychnęłam gniewnie, ale ruszyłam za nim. Postanowiłam,
że będę odgrywać tą szopkę, ale tylko ze względu na mamę i moje własne życie.
Moje ciało przeszły ciarki, gdy weszłam do domu Łowców.
Czułam się jak zwierze w klatce otoczone przez drapieżników. Na ścianach było
kilka wypchanych zwierząt leśnych oraz czaszki jeleni. Na podłodze
gdzieniegdzie leżały futra... O Boże! Zemdliło mnie i musiałam usiąść na
najbliższym schodku. Ukryłam twarz w dłoniach i starałam się zapomnieć to, co
przed chwilą zobaczyłam. Jednak w mojej głowie wciąż tłukł się obraz puszystych,
wilczych futer.
- Lunam, coś nie tak? – Usłyszałam obok cierpki głos
Alice. Wzięłam głęboki oddech i postanowiłam jakoś zagłuszyć cierpienie, jakie
rozdzierało moją duszę. Wstałam, a moją twarz ubrałam w jak najlepszy uśmiech i
spojrzałam na Łowczynie.
Jej kasztanowe włosy były zebrane na czubku głowy w
koński ogon, co uwydatniało jej kości policzkowe. Duże, zielone oczy były
pozbawione tego blasku, który można było znaleźć u Scotta i zlewały się niemal
w brąz. Jej twarz zawsze była surowa. Nie przypominam sobie, żeby się
uśmiechała; na pewno nie w mojej obecności. Ubrana była w czarne dresy, jakby
właśnie zmierzała na siłownie, albo chociażby pobiegać.
- Nie, wszystko w porządku. Zakręciło mi się tylko w
głowie. Wiesz, okres. – Ostatnie słowa powiedziałam szeptem. Mówiąc to wszystko,
starałam się jak najlepiej ustabilizować pracę mojego serca. To jeszcze
potrafiłam i nie przyszło mi to z trudnością, tak jak się tego spodziewałam.
Przez chwilę mierzyła mnie spojrzeniem, a potem ominęła
bez słowa i skierowała się do wielkiego salonu obok. Ruszyłam za nią, cały czas
starając się nie patrzeć na futra ozdabiające posadzkę.
Salon był jasny i przestronny oraz urządzony w podobny
sposób jak przedpokój. Na fotelach siedziała w niedbałej pozycji Alice oraz
starszy mężczyzna. Scott stał przy oknie z założonymi rękami na szerokiej
klatce piersiowej. Oczywiście nie uraczył mnie chociażby najmniejszym
spojrzeniem.
- Dzień dobry – powiedziałam i nie wiedziałam jak się
zachować. Cały czas musiałam skupiać się na tym, aby nie okazać mojego
zdenerwowania.
- Dzień dobry. Proszę usiądź. – Zwrócił się do mnie
siwiejący mężczyzna i wskazał kanapę naprzeciwko nich. Jak na razie wydawał się
miły, ale wiedziałam, że to tylko stwarzanie pozorów. – Nazywam się George
Bidwell. Jestem ojcem tej dwójki. A tobie jak na imię?
- Lunam Blake.
Potarł się po widocznym już zaroście.
- Ciekawe imię... – Chwilę się zamyślił. – Wiesz co się
stało dzisiaj w nocy, prawda?
Kiwnęłam głową.
- Pewnie zastanawiasz się kto to zrobił, hę? – Te słowa
padły od Alice i były jednoznaczne.
- Alice daj spokój – powiedział Scott i usiadł na drugim
końcu kanapy. – Wszyscy doskonale wiedzą, że są to ataki zwierzęcia.
- Dokładnie. Ale najbardziej ciekawi mnie, co robiłaś w
środku nocy, sama w lesie? – zapytał pan Bidwell.
- Ja... – odchrząknęłam. – Źle się czułam. Musiałam się przewietrzyć.
- I zapuściłaś się tak daleko? Biorąc pod uwagę, że to
nie jest pierwsze zabójstwo, o którym na pewno wiedziałaś.
- Tak, ale... Nie jestem strachliwą dziewczyną.
Alice prychnęła i wywróciła oczami.
- Proszę was... – Nie dokończyła, bo jej ojciec uciszył
ją machnięciem ręki.
- Mogłaś się przejść po miasteczku. O tej porze nie ma
ludzi, więc wciąż ciekawi mnie dlaczego byłaś akurat w ciemnym lesie. – George dalej
drążył temat, a mi skończyły się wymówki. Zaczęły pocić mi się ręce, ale nie
mogłam w żaden sposób okazać zdenerwowania.
Nagle wtrącił się Scott.
- Okej, odkryliście naszą małą tajemnicę. Lunam była ze
mną. Od jakiegoś czasu się spotykamy.
Zszokowani spojrzeliśmy na młodego Łowcę.
Co?!
czwartek, 6 lutego 2014
ROZDZIAŁ 9
Po północy, gdy mama zapadła już w głęboki sen,
wymknęłam się po cichu z domu. Wczoraj księżyc zaczął powolutku słabnąć po
pełni. Wciąż czułam mrowienie w całym moim ciele, jednak nie było ono takie
silne jak podczas pełni.
Byłam przerażona i wciąż nie do
końca przekonana czy miałam rację w swoich domysłach. Jednak wszystko na to
wskazywało. Zadrapania, zasiniaczenia, nagość, zanik pamięci…
O wilkołakach, bestiach, wiedziałam
jedynie ze starych książek i opowieści innych. Według nich ugryzienie przez kogoś
takiego jak my, może zmienić zwykłego człowieka w krwiożerczego potwora. Ktoś
taki za dnia był zwykłą osobą, mógł posiadać nawet własną rodzinę. „Podczas pełni
jego ciało nienaturalnie wydłużało się i obrastało szorstkim, zmatowiałym
futrem. Z pyska ściekała żółtawa, żrąca ślina, która potrafiła paskudnie
oszpecić wszystko, co miało z nią kontakt. Kły były długie i ostre. Nie
mieściły się w szczęce monstrum, jakby przygotowane na ciągłe rozszarpywanie i
jedzenie. Pazury przy każdej kończynie były czarne i twarde jak stal. Potrafiły
przeorać kruche ciało, jak nóż ciepłe masło. Nikt nie miał szans na przeżycie.
Dla tej bestii liczyła się tylko świeża, ciepła krew i mięso. Ale największym
kąskiem i czymś, co dodawało wilkołakowi sił było oczywiście ludzkie serce,
które jednocześnie utrzymywało go przy człowieczeństwie.” Przypomniałam sobie
słowa ze starej, zakurzonej książki, którą kiedyś znalazłam na strychu u
dziadków. Gdy wyszłam z budynku i owionął mnie chłodny powiew wiatru.
Wzdrygnęłam się. Nie byłam pewna czy
to wina chłodu, czy tego, co mogło się kryć w moim ciele. A może jedno i
drugie? Szczelniej otuliłam się czarną bluzą i zarzuciłam kaptur na głowę. Ruszyłam
żwawym krokiem w kierunku lasu.
Pierwszego dnia pobytu w Brookings
właśnie tam się udałam, tęskniąc za moim prawdziwym domem. Zagłębiając się
coraz bardziej między drzewa, odkryłam małą i opuszczoną, a przynajmniej tak mi
się wydawało, jaskinię. Gdy weszłam głębiej zauważyłam grube i zardzewiałe
kraty. Wyglądało to na pozostałości czegoś,
co zostało wybudowane, na oko, w szesnastym lub siedemnastym wieku.
Miałam świadomość, że od pełni
minęły już dwa dni i nie powinno stać się nic złego, jednak nie chciałam
ryzykować. Postanowiłam, że udam się do jaskini i wypróbuję żelazne kraty. W
torbie, która obijała mi się o ramię, schowałam czyste rzeczy i dużą latarkę
znalezioną w kuchni.
Szłam dalej, ulice oświetlał tylko
słabnący księżyc i kilka latarni. Aby dojść do lasu musiałam przejść jeszcze
kilometr, następnie jakieś dwa w głąb lasu. Miałam nadzieję, że nic się nie
wydarzy, że w ogóle nie miałam nic wspólnego ze śmiercią Elizabeth; nic
wspólnego z wilkołakami. Nie powiedziałam nic na ten temat mamie. Bałam się jej
reakcji.
Gdy w końcu udało mi się dotrzeć do
wielkiego, ciemnego lasu poczułam nieprzyjemne uczucie, które zawsze mi towarzyszyło,
gdy czułam się obserwowana. Rozejrzałam się dookoła, jednak niczego
niepokojącego nie zauważyłam. Zresztą była prawie pierwsza w nocy, więc kto
(oczywiście oprócz mnie) mógł szlajać się po miasteczku? Naszła mnie pewna
myśl. A jeśli to nie ja jestem mordercą? Jeśli gdzieś kryje się tutaj, ktoś,
kto skrzywdził Elizabeth?
Przystanęłam i wzięłam głęboki
oddech, zanim przekroczyłam granicę między groźną cywilizacją, a naturą.
Przecież
zwykły morderca nie mógł tak zbezcześcić ciała, a do tego pozbyć się serca.
W tej chwili, to ja była tu największym potworem.
Szłam przedzierając się między paprotkami i drobnymi
krzaczkami jagód. Jeszcze nie potrzebowałam sztucznego światła. Moje oczy
doskonale sobie radziły. Jednak w jaskini, nie pogardzę odrobiną jasności.
Niewidzialną ścieżkę pokonywałam praktycznie
bezszelestnie. Od czasu do czasu dało się usłyszeć pohukiwanie sowy, więc lekko
wybił mnie dźwięk łamanej gałązki. Drgnęłam, ale nie zatrzymałam się. Teraz byłam
prawie pewna, że jestem śledzona, że moje przeczucie nie myliło się na skraju
lasu. Szłam dalej, lecz czujnie nasłuchiwałam napastnika. Czułam, że jest coraz
bliżej. Jednak już nie popełnił tego samego błędu i zwinnie omijał gałązki.
Nagle owionął mnie znajomy zapach cytrusów z
mieszanką męskich perfum. Serce zaczęło bić jak oszalałe.
A więc tak
to wszystko się skończy?
Mój marsz momentalnie przeobraził się w szybki bieg.
Zwinnie omijałam drzewa i wszystkie przeszkody. Zboczyłam trochę z mojej
wyznaczonej trasy. Może, jeśli uda mi się go zgubić, będę mogła się ukryć w
jaskini.
„O ile nie
wie o tym miejscu.” – Podpowiedział
mi jakiś cichy głosik.
Poczułam lekką zadyszkę. Jednak miałam w sobie dość
siły na dalszy wysiłek. Przede mną pojawiło się potężne drzewo z grubym pniem.
Obiegłam je i ruszyłam w lewą stronę, chcąc zbić go z tropu. Nagle ktoś złapał
mnie w pasie i rzucił na ziemię. Ciężko upadłam przygnieciona przez wielkie
ciało Scotta, a ramię przeszedł niesamowity ból. Serce waliło mi tak szybko, że
w każdej chwili mogło wyskoczyć mi z piersi. Wiedziałam, że to był już mój
koniec. On znał moją tajemnicę, a ja znałam jego. Wiedziałam, czym dokładnie
się zajmuje. Elizabeth na pewno zwróciła jego uwagę.
Z przerażeniem spojrzałam w jego przystojną twarz,
zapominając w całym tym amoku o pojawiających się wizjach.
Czuję to. Znowu czuję tą ogarniającą radość i
uniesienie, gdy jestem w postaci wilka.
Biegnę ciemnym lasem, nie mogąc się nacieszyć tą
chwilą. Niebo nade mną jest takie wyraziste. Przyprószone milionem świecących
gwiazd. Tarcza księżyca pięknie odznacza się na tle czarnego nieba.
Nagle słyszę strzał. Jednak to nie jest pistolet, ani
żadna broń palna.
Cichy strzał.
Czuję ostry, przeszywający ból.
Upadam i ostatnie, co widzę przez mgłę to mój Łowca.
Spojrzałam w jego zielone oczy, rozszerzone w
przerażeniu tak samo jak moje. Ale dlaczego on tak na mnie patrzy? Przecież
mnie zabił do cholery! Inaczej nie mogłam odczytać tej wizji. Zaczęłam szarpać
się pod jego ciałem ignorując ostry ból w prawym barku. Jednak to było na nic.
Po jego twarzy przeszły dziesiątki różnych emocji i
zrobił coś, czego nigdy się nie spodziewałam. To tak jakby w lipcu nagle spadł
śnieg. Pocałował mnie.
Jego wargi mocno naparły na moje, czekając aż dam
pozwolenie. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam, ale mimowolnie oddałam pocałunek.
Nasze usta i języki zaczęły toczyć ze sobą ostrą walkę. Zanurzyłam palce w jego
potarganych włosach. Podświadomie marzyłam o tym odkąd tylko go ujrzałam w
lesie. Były miękkie i przyjemne w dotyku. Scott jeszcze mocniej docisnął mnie
do ziemi aż poczułam wszystkie nierówności podszycia. Jeszcze nikt nie całował
mnie z takim zapałem i pasją. Jego ręce zaczęły gorączkowo błądzić po moim
ciele, a usta nie odrywały się nawet na moment. Potrzebowałam odrobiny tchu,
bałam się, że zabrakuje mi powietrza. Mrowiło mnie całe ciało, w ten przyjemny
sposób, ale także w taki, który poprzedzał moją przemianę. Wilk nie powinien
dawać o sobie znać. Przecież został zabity.
Jednak czułam go. Czułam przyjemne dreszcze, podobne
do tych w wizji, lecz nie takie same. Przerażona tym doświadczeniem z niechęcią
odsunęłam chłopaka od siebie. Z ociąganiem i zamroczonym wzrokiem spojrzał na
mnie, a później jakby nagle do niego dotarło, co zrobił. Odskoczył i oparł się
plecami i wielkie drzewo.
Obydwoje ciężko dyszeliśmy jak po długim maratonie.
Nie miałam siły się podnieść, więc wciąż leżałam na chłodnej ziemi. Zamknęłam
oczy i ciężko westchnęłam. Ciągle czułam na swoich ustach jego. Czułam, jakie
są spuchnięte. Przed oczami nagle stanęła mi roześmiana twarz Carrie. Nie
chciałam teraz o niej myśleć. Przetarłam twarz dłońmi i usiadłam po turecku
naprzeciwko niego. Jego spojrzenie przez cały ten czas wściekle mnie świdrowało.
– To… - Zaczęłam.
– Przepraszam. – Westchnął.
Jego twarz przybrała swoją maskę obojętności.
Przeczesał włosy palcami jeszcze bardziej je mierzwiąc. Ponownie zapragnęłam
zanurzyć w nich palce. Poczuć ich przyjemną miękkość.
– Nie masz, za co przepraszać, to również moja wina –
wychrypiałam i spojrzałam mu w twarz.
Lustrował mnie przez chwilę.
– Po co tu przyszłaś?
– Na spacer – skłamałam. Nie chciałam zdradzać mu
wszystkiego. Może jednak niczego się nie domyślał.
– W środku nocy? – zapytał z drwiną w głosie.
– A ty, dlaczego tu jesteś? – Wysunęłam podbródek.
Milczał, jakby bił się z myślami, co mi odpowiedzieć.
Jednak zdecydował się na szczerość.
– Przyszedłem za tobą. – Podciągnął jedno kolano i
oparł na nim ręce, wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku.
W głowie wciąż mi szumiało. Zaczęłam się zastanawiać
czy jeśli teraz wstanę, zdołam mu uciec?
– Nawet o tym nie myśl. – Zerknęłam w jego wypraną z
emocji twarz. Jak mógł kilka minut temu mnie tak zawzięcie całować, a teraz
patrzeć na mnie jak na jakiegoś śmiecia? Trochę mnie to zabolało. Zaczęłam się
gubić w uczuciach do tego chłopaka. Z jednej strony mnie przerażał, ale z
drugiej…
– Nie wiem, o co ci chodzi.
– Nie udawaj niewiniątka. Nie bez powodu wcześniej
uciekałaś.
Wyciągnęłam z włosów suchy liść, który się tam
zaplątał.
– Przestraszyłam się. Miałam prawo uciekać.
– Czego się przestraszyłaś, Lunam? – zapytał i
przysunął się niezauważalnie.
– Chyba słyszałeś, co stało się z tą dziewczyną.
Przekrzywił głowę jakby się nad czymś zastanawiając,
po czym powiedział:
– Dlaczego ją zabiłaś? Po co w ogóle tu
przyjeżdżałaś? – syknął zbyt blisko mojej twarzy. Jego ciepły oddech owionął
moją twarz.
Wzdrygnęłam
się. Sama do końca nie byłam pewna czy to ja skrzywdziłam Elizabeth, więc nie
miał prawa stawiać mi takich zarzutów.
– Nikogo nie zabiłam – powiedziałam to z taką samą
zajadłością jak on, tym samym jakby przekonując siebie. – I to nie twoja
sprawa, co tutaj robię.
– Ktoś taki ja ty
pojawia się na moim terenie, więc to jest raczej moja sprawa. – Jego twarz
była zdecydowanie za blisko. Zauważyłam, że przelotnie spojrzał na moje usta,
ja odruchowo zrobiłam to samo. Nagle wstał i wyprostował się. Poszłam jego
śladem odsuwając się na bezpieczną odległość.
– Gdybyś załatwił sprawę w Kanadzie, nie musiałbyś
się przejmować tyloma problemami, które najwidoczniej nie są ci na rękę.
Odwrócił się i walną pięścią w drzewo z całej siły.
Nie wiedziałam, co mam myśleć o jego zachowaniu. Jego emocje zmieniały się z
każdą sekundą. Jak w kalejdoskopie. Nigdy nie było jasne, jak zareaguje w danej
chwili.
Poczułam mdły zapach krwi. Spojrzałam na jego
knykcie, które zabarwiły się na czerwono. Odwrócił się oglądnął swoją dłoń, a
później zerknął na mnie.
– Nie kusi cię? – zapytał, a ja spojrzałam na niego
zbita z tropu.
– Co?
– Krew. – Podsunął mi rękę pod twarz.
Ślinka naleciała mi do ust. Nie powinno się to dziać.
Mój organizm zaczął dziwnie reagować na niektóre rzeczy.
Odsunęłam się lekko i nie dałam po sobie nic poznać.
– Niby, dlaczego miałaby mnie kusić?
– Jak to, dlaczego? Bo jesteś pieprzonym wilkołakiem.
piątek, 31 stycznia 2014
ROZDZIAŁ 8
Próbowałam
jeszcze coś od niego wyciągnąć, ale nie dałam rady przekrzyczeć wokalisty
AC/DC. Scott wysadził mnie pod piekarnią i wziął ode mnie numer telefonu.
Powiedział, że skontaktuje się ze mną w najbliższym czasie i wszystko wyjaśni.
Nie mógł zrobić tego teraz, ponieważ dostał jakiś ważny sms, w co lekko
wątpiłam.
Weszłam po schodach i przekręciłam
klucz w drzwiach. Usłyszałam ciche pochrapywanie mamy. Nie chciałam jej budzić,
więc udałam się do swojego pokoju, przebrałam w piżamę i rzuciłam w przyjemnie
chłodną pościel.
Moje myśli pędziły z zawrotną
prędkością. Jak gdyby odebranie mi mojej natury i wygnanie ze stada nie
wystarczyło, musiałam wprowadzić się do miasta pełnego Łowców. Do tego jeden z
nich doskonale wie, kim jestem. I nie miałam pojęcia, co zamierzał począć.
Usilnie powtarzał mi, że nie zamierza mnie skrzywdzić, że nie muszę się niczego
obawiać. Jednak z jednej strony instynkt brał nade mną przewagę. Byłam
zwierzyną pod ostrzałem. Natomiast z drugiej strony, jakaś część – mimo, że nie
chciałam się do tego przyznawać – ufała mu.
Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.
Obudziła mnie, dość głośna, krzątanina mamy. Zerknęłam na cyfrowy zegarek
obok łóżka. Wskazywał godzinę szesnastą. Więc mama zdążyła już wrócić z pracy.
Boże, ile ja
spałam.
Zwlokłam się z łóżka i z przerażeniem odkryłam, iż
jestem naga jak ostatniej nocy. Doskonale pamiętałam, że zakładałam przed snem
piżamę. Nie wypiłam też tyle by tego nie pamiętać. Może w nocy było mi gorąco?
Coś mi tu nie grało.
Po wykonaniu porannej toalety i ubraniu się w wygodny
dres weszłam do kuchni, gdzie zastałam mamę, nad parującym garnkiem.
– Dzień dobry – powiedziała odwracając się do mnie. –
Widzę, że świetnie się bawiłaś skoro tak późno wstałaś. – Wróciła do mieszania
zupy, jak się okazało.
Podeszłam do lodówki, z której wyciągnęłam karton
soku pomarańczowego. Sięgnęłam po szklankę z szafki, do której nalałam napoju i
wypiłam go prawie jednym haustem.
Oparłam się o blat i zaczęłam oglądać naczynie w
moich dłoniach.
– Było fajnie. – Wysiliłam się na szczery uśmiech.
Nie mogłam dać po sobie poznać, co się tak naprawdę działo.
– Poznałaś jakiegoś fajnego, no wiesz…
Spojrzałam na nią i uniosłam brew. Oblizała łyżkę.
– No wiesz, jakiegoś miłego chłopca?
– Boże, mamo. – Ale natychmiast przed oczami stanął mi
Scott. Pokręciłam lekko głową. O kim ja
myślę?
–
No, co? To normalne u dziewczyn w twoim wieku,
że spotykają się z chłopcami.
Wiedziałam, czego nie mówi. Że od
zawsze byłam w jakiś sposób powiązana z Victorem. Ja i on byliśmy alfami, które
miały założyć nowe stado.
Nigdy nie zwracałam uwagi na innych
chłopaków. Wiedziałam, że to nie miało sensu. Oczywiście podobało mi się kilka
wilków, jednak nie chciałam zawracać sobie głowy tą całą miłością. A co jeśli
bym pokochała kogoś, ale tak naprawdę, a później musiała odejść i dzielić życie
z Victorem? Nawet nie chciałam o tym myśleć.
Wiedziałam, że mama chce dla mnie
jak najlepiej, że tylko troszczy się o mnie. Chce, abym żyła jak normalna
ludzka nastolatka i zapomniała o swojej przeszłości. Szkopuł w tym, że to nie
było takie proste.
Westchnęłam.
– Nie poznałam nikogo godnego uwagi.
– Postanowiłam zmienić temat. – A jak u ciebie?
Zaczęła rozlewać zupę pomidorową do
talerzy.
– Wszystko dobrze, w pracy nie mam
problemów. Nawet zaprzyjaźniłam się z pewną starszą kobietą.
– Ale? – zapytałam i wzięłam od niej
talerz i ruszyłam do stołu. Podążyła za mną. Niepewnie na mnie spojrzała.
– Dzisiaj rano znaleźli w lesie
ciało dziewczyny.
Przełknęłam gorącą ciecz.
– Nie musisz się o mnie martwić. Nie
straciłam wszystkich zdolności, więc na pewno sobie jakoś poradzę.
– Wierzę w to. Mimo wszystko… Ta
dziewczyna chodziła do waszej szkoły. Może ją znasz?
– Niestety mamo, mieszkam tu za
krótko i jedyną osobą, jaką znam jest Carrie. – Nie chciałam wspominać o innych, których poznałam, a osoby z
widzenia się nie liczyły. – A jak miała na imię.
– Hm… Elizabeth, jeśli dobrze
pamiętam.
Zagapiłam się w prawie pusty talerz
i od razu przypomniałam sobie ogłoszenie ze szkolnego korytarza.
– Nie znałam jej, ale widziałam
informację o jej zaginięciu. Wiesz jak to się stało?
Odchrząknęła i zaczęła się bawić
prawie nietkniętym jedzeniem.
– Wiem i trochę mnie niepokoi.
Spojrzałam na nią. Jej maska
idealnej, szczęśliwej kobiety zaczęła się lekko burzyć. Co stało się Elizabeth,
że moja mama aż tak się tym przejęła?
– Proszę wykrztuś to wreszcie.
Wbiła we mnie swoje orzechowe
spojrzenie.
– Jej ciało zostało rozszarpane. A
najgorsze z tego wszystkiego jest to, że w jej ciele nie znaleźli serca.
Zakrztusiłam się śliną. To wszystko
oznaczało, że w pobliżu kręcił się głodny i rozwścieczony wilkołak.
– Myślisz, że… Ale…
– Myślę, że trafiłyśmy w sam środek
nory wilkołaka.
– Ale jeśli on wyczuje…
– Mieszkamy tu już prawie trzy
tygodnie. Jeśli chciałby się z nami skontaktować, albo nas skrzywdzić zrobiłby
to już dawno.
– Skąd się on tu w ogóle wziął.
– Nie mam pojęcia. Ale musimy być
ostrożne.
Siedziałam właśnie nad książką od
języka angielskiego, gdy uderzyła mnie pewna myśl. Chyba wiedziałam, dlaczego
wilkołak nie okazał nam zainteresowania. Wywodziliśmy się z jednego gatunku,
ale ja byłam wilkiem, natomiast on żądną krwi i ludzkiego mięsa bestią. Chociaż
w tej chwili nie byłam pewna czy mogę tak o sobie myśleć.
Przyszedł mi na myśl dzisiejszy i wczorajszy
poranek oraz to, że przecież mamy czas pełnej fazy księżyca. Moja nagość,
zadrapania. Zaginięcie i śmierć Elizabeth. To mogło oznaczać tylko jedno.
O. Mój. Boże.
_______________________________________
Dzisiaj krótko.
Powoli zacznie się coś dziać, a przynajmniej taką mam nadzieję.
W poniedziałek powrót do szkoły. Aż nie chce mi się wierzyć T,T
niedziela, 26 stycznia 2014
ROZDZIAŁ 7
Próbując wyrwać się z jego uścisku, zrobiłam jedną z
najgłupszych, możliwych rzeczy. To jedynie mogło go utwierdzić w jego
przypuszczeniach. Jakiekolwiek one by nie były. Wciąż trzymałam się nadziei, że
nie miał na myśli tego, co akurat miałam na myśli ja. Mianowicie, że jestem
wilkiem, chociaż w chwili obecnej tak naprawdę nim nie byłam. Straciłam tą
zdolność wraz z moją głupotą w lesie.
Wciąż mocno trzymał mnie w ramionach
i wodził palcami po moim brzuchu. Wydawało mi się, że teraz nawet nie był
świadom tego, że to robi. Musiałam się jakoś ratować.
Przycisnęłam się do jego klatki
piersiowej tak, że mogłam bez problemu wyczuć mięśnie prężące się za moimi
plecami. Chwilę później mocno się odepchnęłam, co dało mi moment zaskoczenia i
z całej siły uderzyłam go łokciem w brzuch. Na szczęście moja taktyka
poskutkowała, bo w końcu wypuścił mnie ze swych niedźwiedzich objęć.
Zaczęłam przedzierać się przez morze
spoconych, prawie nagich ciał. Muzyka wciąż dudniła mi w uszach. Resztki
alkoholu zostały zastąpione przez adrenalinę, która zaczęła buzować mi w
żyłach. Teraz myślałam jedynie o tym, żeby jak najszybciej wydostać się z tego
budynku. Jak najszybciej uciec od Łowców, od Scotta.
Zapytacie pewnie, dlaczego uciekam?
To po prostu zwyczajny odruch. Zwierzęcy instynkt. Jako wilk, czując zbliżające
zagrożenie i wiedząc, że przeciwnik jest o wiele silniejszy, nie zostawało nic,
jak zwykła ucieczka. Teraz moje szanse były jeszcze marniejsze, bo stałam się
zwykłym człowiekiem z resztkami wilczych zdolności.
Dobiegając do drzwi, odetchnęłam z
ulgą. Przecisnęłam się obok potężnego ochroniarza i zaczęłam biec przed siebie.
Jednak naszła mnie jedna myśl: Jak ja mam
stąd wrócić?
Nie dane mi było dłużej się nad tym
zastanawiać, bo ktoś silny zaciągnął mnie na skraj budynku, gdzie nikt nie mógł
nas zauważyć, i mocno przycisnął do ściany.
– Nie podnoś głowy – odparł Scott,
nie mając nawet śladu zadyszki – czego oczywiście nie mogłam powiedzieć o
sobie.
Jęknęłam w duchu. Tak bardzo nie
chciałam rozstać się z moją prawdziwą naturą. Miałam już dość chłopaka
stojącego przede mną. Czułam się przy nim jak przy alfie, który może zmusić
mnie do zrobienia czegoś, czego nie chciałam. I zazwyczaj tak się działo. Nie
ważne, że ja też byłam alfą, lecz to samiec zawsze miał ostatnie słowo.
Teraz już nie byłam tą, która miała jakąś część władzy.
Wszystko się zmieniło. Resztkami wciąż wyczuwałam jak moja wilczyca kuli się
pod jego palącym spojrzeniem, pod jego wyczuwalną siłą. Koniec z tym wszystkim.
Teraz jestem zwyczajną Lunam Blake.
– A co jeśli podniosę? – Wysunęłam
prowokująco podbródek i spojrzałam w jego zielone oczy. Od razu tego
pożałowałam.
Leżę w kałuży krwi, czując jej
przyjemny zapach. Już sama nie wiem czy należy ona do mnie, czy do kogoś
innego.
Jestem w lesie.
Jest ciemno.
W oddali migają światła.
Jestem zdezorientowana i przerażona
jednocześnie. Próbuję wstać, jednak jest tu za dużo krwi. Ślizgam się i upadam.
Widzę wyciągniętą dłoń, która należy
do Scotta. Pomaga mi wstać i przytula dodając otuchy.
Odsuwam się od niego, aby spojrzeć
mu w twarz. Wtedy zauważam mignięcie, a po chwili…
Chciałam się odsunąć, ale za mną
była jedynie brudna ściana, a przede mną stał chłopak, który wciąż się we mnie
wpatrywał. Nie mogłam odczytać nic z jego spojrzenia, ale ledwo widocznie
unosiła się jego klatka piersiowa.
Przez moment nie mogłam złapać tchu.
Co miały oznaczać te wizje? I
dlaczego ta, urwała się akurat w takim momencie?
– Właśnie to się stanie, jeśli
podniesiesz głowę. – Dopiero po chwili dotarły do mnie słowa Scotta.
– Ty też to widzisz, tak? Dlaczego
to się do cholery dzieje?! – Spojrzałam w jego szmaragdowe oczy, jednak ty
razem nic się nie wydarzyło. Tylko patrzył swoim surowym spojrzeniem.
– Chodź – powiedział i chwycił mnie
za łokieć.
Wyrwałam mu się, co było o wiele
łatwiejsze niż wcześniej.
– Nigdzie z tobą nie pójdę. –
Skrzyżowałam ręce na piersi i spojrzałam na niego spod byka.
– Nic ci nie zrobię.
– Twoje słowa nic dla mnie nie
znaczą.
Odwrócił się tak, że stał teraz
naprzeciwko mnie. Widziałam jak buzuje w nim gniew. Nachylił się tak, aby nasze
twarze były na równi.
– Gdybym miał cię skrzywdzić,
zrobiłbym to już dawno. – Wyprostował się. – A teraz, jeśli chcesz się czegoś
dowiedzieć…
Czy
miałam jakieś inne wyjście? Zapewne tak. Ale bardzo chciałam dowiedzieć się, co
tu właściwie się działo. Dlaczego wtedy mnie uratował? Chociaż wiedziałam, że
nie ma pojęcia o tym, iż jestem wilkiem z lasu, może jedynie podejrzewać, kim
jestem, z niewyjaśnionych powodów, ale tego nie wie na pewno. I w jednej
sprawie miał rację, jeśli chciałby mnie skrzywdzić, zrobiłby to już dawno. Bo
miał ku temu okazje.
– Więc, gdzie idziemy? – zapytałam,
drepcząc za nim.
– Odwiozę cię do domu – odpowiedział
kończąc pisać sms’a.
Prychnęłam.
– A może chciałabym jeszcze tu
zostać? – Spojrzał na mnie przez ramię.
– Jeśli chciałabyś zostać, nie
szukałabyś gorączkowo sposobu wydostania się stąd. Zresztą w trakcie jazdy
odpowiem na niektóre twoje pytania. – Ruszył w stronę nowiutkiego, czarnego
camaro ss. Taki samochód musiał kosztować kupę kasy. Otworzył drzwi od strony
kierowcy i spojrzał na mnie nad dachem. – I mam nadzieję uzyskać również trochę
odpowiedzi na moje pytania.
Wsiedliśmy do samochodu, który
przyjemnie zamruczał i ruszyliśmy w kierunku Brookings. Chłopak włączył radio,
z którego odezwała się grupa AC/DC z piosenką You Schook Me All Night Long.
– A reszta? – zapytałam po chwili
ciszy między nami. Słowa, które śpiewał Brian Johnson wprowadzały mnie w lekkie
zakłopotanie.
– Dałem im znać, że źle się poczułaś
i odwożę cię do domu.
– Mhm. – Najwidoczniej umiał ze
wszystkim sobie poradzić w trybie natychmiastowym.
Nie wiedziałam, od czego zacząć. Jak
sformułować pytanie. Nawet nie wiedziałam, czy to, co powie będzie prawdą.
Czułam
się przy nim trochę nieswojo i nie ukrywam, że siedziałam tu w ciągłej obawie o
swoje życie. W końcu znajdowałam się kilka centymetrów od Łowcy. Od człowieka,
który niszczył takich jak ja.
Odchrząknęłam, zanim powiedziałam:
– Więc widziałeś coś wtedy, gdy
spojrzeliśmy sobie w oczy, tak?
Oderwał na moment wzrok od drogi, by
zerknąć na mnie, po czym ponownie skupił się na prowadzeniu. Wcisnął pedał gazu
przyspieszając.
– Tak. I wydaje mi się, że
widzieliśmy dokładnie to samo.
– Czyli? – Ze zdenerwowania zaczęłam
bawić się palcami. – Co widziałeś?
Zauważyłam kątem oka, jak zacisnął
ręce na kierownicy, aż pobielały mu knykcie.
– Krew. Ty byłaś cała we krwi.
– I tyle?
Zjechał na pobocze ostro hamując i
wyłączył silnik. Cyfrowy zegar wskazywał pierwszą w nocy. Od czasu do czasu
minął nas jakiś samochód. To by było na tyle. Jeśli naprawdę miałby mi coś
zrobić, nie otrzymałabym żadnej pomocy.
Odwrócił się w moją stronę. Ten ruch
spowodował, że jeszcze bardziej przysunęłam się do drzwi. Nawet nie zdawałam
sobie sprawy, że siedzę do nich tak bardzo przyklejona.
Scott spojrzał do góry, a następnie
na mnie.
– Tu wszystko się zaczyna. I właśnie
ta wizja utwierdziła mnie w stu procentach.
Przełknęłam głośno ślinę. Wydawało
mi się, że ten dźwięk odbił się głośnym echem w samochodzie. Nie zauważyłam
też, kiedy chłopak wyłączył radio.
Nie mogłam wykrztusić chociażby
najmniejszego słowa. Jedynie wpatrywałam się w niego szeroko otwartymi oczami.
– Zanim zobaczyłem cię w tej
wielkiej kałuży krwi, byłaś w postaci wilka. Dopiero chwilę późnej się
przemieniłaś.
Instynkt wziął górę i zaczęłam
szarpać za klamkę, która za nic w świecie nie chciała się otworzyć.
Cały czas miałam nadzieję, że nie
miał na myśli mojej prawdziwej natury. W tej chwili poczułam się jak wtedy w
lesie, gdy już wiedziałam, że jest po mnie. Zlał mnie zimny pot. Ta cholerna
klamka wciąż nie ustępowała, a ja nie poczułam, kiedy Scott szarpnął mnie za ramię
odwracając w swoją stronę.
– Nie otworzysz tych drzwi. Mają automatyczną
blokadę.
Wciąż nie dawałam za wygraną.
Chciałam go podrapać, a nawet pogryźć, byle tylko się stąd wydostać. Tym razem
mocno chwycił mnie za nadgarstki, tym samym mnie unieruchamiając.
– Już ci mówiłem, że gdybym chciał
cię skrzywdzić, już dawno bym to zrobił.
To nie dało mi spokoju, jednak
przestałam się rzucać.
Przez myśl przeszła mi jedna rzecz.
Nasze wizje niby działały podobnie, jednak nie widzieliśmy dokładnie tego
samego. Jakiś szczegół najwidoczniej zostawał nam na własny użytek. Ja
pamiętałam mignięcie, którego on na pewno nie zauważył. Nie mógł. Przecież stał
wtedy tyłem. I jeszcze jedno, skoro widział mnie w wizji w postaci wilka,
musiał zauważyć…
Wlepiłam w niego moje granatowe
spojrzenie.
– Wiem, kim jesteś – powtórzył, to,
co powiedział w klubie, jakby widząc wszystko w moich oczach.
– Już to mówiłeś – wychrypiałam.
Poczułam się taka… pokonana. Opuściłam ręce, które wciąż były w żelaznym
uścisku Scotta. – Dlaczego mnie wtedy ocaliłeś?
Puścił mnie i usiadł przodem do
drogi. Przez moment nie odzywał się, jakby rozważając, co odpowiedzieć.
Przyjrzałam mu się.
Jego przydługie brązowe włosy, były
zmierzwione, co tylko dodawało mu uroku. Jeden uparty kosmyk wciąż opadał mu na
czoło. Na opalonej twarzy gościł kilkudniowy zarost. Miał ostre rysy, które
dodawały surowości jego wykreowanego wizerunku przywódcy. Ubrany był w ciemne
dżinsy i granatowy podkoszulek, pod którym prężyło się widocznie umięśnione
ciało. Był przystojny i temu zaprzeczyć nie mogłam.
– Więc? – Ponagliłam go wciąż nie
słysząc żadnej odpowiedzi z jego strony.
– Nie wiem. – Po tych słowach
odpalił silnik, włączył się do „ruchu” i skierował w stronę mojego domu.
– Jak to nie wiesz? Przecież musiał
być ku temu jakiś powód. Tacy jak ty, nie
puszczają wolno takich jak ja.
– Powiedziałem, że nie wiem. Okej? –
Włączył radio i podkręcił dźwięk, tym samym ucinając tą rozmowę.
Świetnie.
Naprawdę wiele się dowiedziałam.
~~ *** ~~
Tak bardzo, bardzo przepraszam Was za ten rozdział.
Jednak jest w nim tyle rzeczy, które aż proszą się o poprawkę,
a mi tak ciężko jest je wyłapać.
Jeszcze raz przepraszam!
Subskrybuj:
Posty (Atom)